RADIO MUZYKA FAKTY PODRÓŻE

Opublikowane felietony dla miesięcznika SUKCES


*************************************miesięcznik Sukces********************************************************************

z serii "Kocim Okiem" 

styczeń 2007 

Do mnie mrucz …

Świat bezustannie przyśpiesza. Zaczyna się produkować budziki zmienione w latające małe potworki, które krążą nad głowami, by nie można było ich złapać i by skutecznie wybić się ze snu. Świnki skarbonki są już elektroniczne i na świńskim boczku wyświetlają zawartość wrzuconej gotówki, którą można ze świnki wydobyć naciskając ryjek. Radio już może nie wymagać od nas nadmiernego wysiłku, jeśli nie przepadamy za dotykaniem guzików. Wystarczy machnąć od niechcenia radiu przed nosem a zmieni się program wyczuwając ruch. (Co oczywiście czyni z niego powód przekleństw jeśli jesteśmy nieszczęsnymi posiadaczami kota.)
Krótko mówiąc- nowoczesność przegania samą siebie w każdej dziedzinie naszego, ciasnego od braku czasu, życia. A jednak przemycamy ze sobą z roku na rok ludzkie, nierozsądne, emocjonalne odruchy i przyzwyczajenia.
Jednym z nich jest czynienie noworocznych postanowień…
Najpopularniejszym, choć mało oryginalnym jest złożona sobie obietnica schudnięcia.
Czy myśleliście kiedyś o tym, do czego to może doprowadzić?
Specjalistka amerykańska od diet i psychoterapii ostrzega, że słów: „robisz się gruba” nie rozpatruje się już w kategoriach trudnej miłości, lecz jako powód do rozwodu(!). Kiedy to czytam wzruszam się, bo wyobrażam sobie głębię tej miłości, rozmiary takiego związku, siłę ciążenia. Tuszę, że jednak niezbyt często dochodzi do spotkania u adwokata po takim zdaniu, ale moje nadzieje mogą być śmieszne. Skoro rozwiodła się para, w której ona obiecała mu, że nie będzie nosiła lakierowanej torebki, a ponieważ już następnego dnia po ślubie ją wzięła ze sobą – on wniósł o rozwód… Skoro już dawno po rozwodzie jest pani, która nie potrafiła dłużej niż kilka dni znieść jak jej świeży mąż szura kapciem… (Swoją drogą kapcie należy przed mężczyznami schować lub spalić, a wszelkich tego typu prezentów na święta i imieniny od teściowych i ciotek- zabronić.) Albo skoro doszło do rozwodu z powodu tego, że żona zostawiła mężowi karteczkę „Kochanie, jestem na pokazie mody, kolacja w książce kucharskiej strona 75.”…
Skoro więc, wracając do tematu, takie powody wystarczą, czemu tu się dziwić, gdy partner dogryza, kiedy jest nas trochę za dużo a odchudzanie przynosi skutki zbyt wolno. Lub wcale…
„Pieniądze i seks nie są jedynymi przyczynami rozpadu związków – opowiada wykwalifikowana dietetyczka. Taką przyczyną może być też jedzenie. Każda krytyczna lub zawstydzająca uwaga może stać się początkiem awantury. To jak wymierzenie policzka. Życie na diecie jest wystarczająco trudne bez nadzoru ze strony partnera, próbującego odgrywać rolę niewrażliwego gliny.”
To co, idziemy na układ? Wy będziecie pomagać swoim kobietom utrzymywać cudowną sylwetkę, między innymi przez częsty, dynamiczny, zmysłowy, urozmaicony masaż, a kobiety będą się starały nie oglądać na ulicy za przystojniejszymi od was facetami bez śladu brzucha. A przynajmniej będą to robiły dyskretnie. A uwagi na temat niedoskonałej (jeszcze, nie już) sylwetki będziecie robić tylko z wdziękiem i wyczuciem, ubranym w słodkie poczucie humoru.
Tak jak kiedyś mój mężczyzna, który zamruczał, żebym trochę przesunęła… hm… biodra , bo nie widzi telewizora. Kiedy zauważyłam ze śmiechem, że w telewizji są i tak właśnie tylko kobiece tyłeczki, a więc nic, co powinno go interesować, powiedział zamszowo „Twój i tak przesłania mi cały świat…”. Doceniłam finezję aluzji. Co się naśmialiśmy to nasze. I nie doszło do rozwodu. Być może trochę dlatego, że nie wzięliśmy wcześniej ślubu... Tak, to mogło trochę pomóc. Rozstanie było łatwiejsze.
W nowym roku bądźmy dla siebie dobrzy. Albo lepsi. Wspierajmy swoje postanowienia. Jeśli wy postanowicie zbierać przez resztę życia na Astona Martina, tylko dlatego, że łączy elegancję modelu DB9 ze sportowymi osiągnięciami DBR9, albo zaczniecie marzyć o kursie nurkowania na Kajmanach, lub przaśnych nocach w chatce bieszczadzkiej we flanelowej koszuli sprzed dwunastu lat, my to zrozumiemy. No, postaramy się zrozumieć…
A jeśli my postanowimy sobie chodzić na aerobik wodny (co oczywiście wiąże się z zakupem pięknego stroju kąpielowego, który wisi na wystawie w tym nie najtańszym sklepie, który omijacie szerokim łukiem), albo zacząć kurs garncarstwa, lub też dogadać się z waszą mamą… wspierajcie nas.
Wszystkie wynalazki świata, nowoczesność i pęd ku szybkości i wygodzie, nie zastąpią nam przecież w żadnym razie ciepła i mruczenia jakie możemy sobie dać nawzajem. Wy - ciepło. My - mruczenie.
A pewien prastary wynalazek jakim jest lustro może się przydać. Do stworzenia postanowień noworocznych.
Wam też.
**************************************************************************************************************************************

Kocim Okiem SUKCES /listopad 2006
Nic się nie stało

Codziennie o dziewiątej rano wchodzę do studia. Zakładam słuchawki, poprawiam krzesło, czekam na dżingiel i otwieram mikrofon. Przede mną, wcześniej, program poranny prowadzą mężczyźni. Zaraz po mnie- też mężczyzna. Producentami są mężczyźni. Szefami również.
Prawie co dzień witają mnie żarciki, które lecą sobie w eter. Moi koledzy z radia balansują na krawędzi, oczywiście z wdziękiem, posyłając ku mnie kilogramy podtekstów uczesanych w poczucie humoru. Bo wiedzą, że mogą. Bo przecież nie ma nic bardziej ludzkiego, niż damsko-męskie przekomarzanie, smaczne przepychanki, lekki niewinny flirt, tak zrozumiały dla każdego człowieka, bez względu na wiek, status, zawód i oczywiście płeć.
I wszystko jest w porządku. Dlaczego? Bo trafiło na kobietę pewną siebie, mającą poczucie humoru i dystans. I nie czuję się zagrożona, obrażona, atakowana, osaczona. Bo zawsze mam odpowiedź. Bo wiem, że żartujemy.
A jednak czasem pytają mnie koleżanki, które słuchają radia, czy nie jest mi niezręcznie, bo przecież ja jedna, ich więcej, mogę liczyć tylko na siebie… Nigdy nie patrzyłam na to w ten sposób. Liczyć tylko na siebie? A to jakaś wojna? Potyczka? Dla wielu- tak.
Codzienna nieskończona wojna płci. W pracy, na ulicy, w sklepie. Walka o godność za wszelką cenę. I to o godność płci, nie swoją, osobiście. Kobieta pewna swojej wartości i, a może przede wszystkim, zadowolona ze swojej kobiecości, jest na tyle silna, by nawet nie pomyśleć o tym, że coś jej zagraża, gdy w powietrzu kłębią się teksty, podteksty, aluzje i żarty o mocnym zabarwieniu erotycznym albo lekkim zabarwieniu seksualnym. Bo- że się kłębią, nikt w was chyba nie wątpi. Taka kobieta wie, że ma władzę nad śliniącymi się niekiedy, tak zwanymi „lubieżnymi wujkami”. Wszystko zależy bowiem od niej. Czy potraktuje to jak żart, czy zignoruje, czy też bezlitośnie wyśmieje lub odda tym samym, co z resztą rzadko się zdarza. Bo kobiety zwykle mają klasę.
Ale co się dzieje, gdy kobieta wcale nie czuje się super fantastyczna? Gdy wcale nie jest pewna siebie? Jest zmęczona? Ma kłopoty? Jest zbyt wrażliwa? Albo, gdy po prostu nie ma ochoty na ciągłe odpieranie powtarzanych do znudzenia propozycji skrzyżowania płci (oczywiście - tak po koleżeńsku).
Zaczyna się problem.
Obrazić się? Niewiele daje a i sympatii nie przysparza. Nasłać na kolegów swojego mężczyznę niczym tatę na rówieśników w przedszkolu? Nie każdy mężczyzna się da namówić bo niewyraźna jest tu linia pomiędzy czymś, o co można mieć pretensje a czymś za co należy się wybicie jedynek.
Fuknąć kilka razy? Zostanie odebrane jako ”specyficzny rodzaj flirtowania” (przecież uwielbiacie tak to interpretować). Rozpłakać się? No, tylko nie to. Wtedy dopiero się zacznie. Pocieszanie, pogłaskiwanie, przytulanie, wmawianie, że ona jest wspaniała, co za skurczybyk, ostatni dureń ją skrzywdził!
Iluż panów profesorów, docentów i magistrów na uczelniach, w zacisznych zakurzonych pokoikach pozwalało sobie na malutkie i większe przesady? W czasie umawiania się na egzaminy, w czasie samych egzaminów, gdy pojedynczo oczywiście zapraszało się nieśmiałe, zawstydzone studentki. Odprowadzało się je potem do drzwi biorąc pod rękę i niechcący sprawdzało, czy studentka nosi biustonosz. I jak bardzo. Obrzydliwe? Zupełnie niestety normalne. A przecież nie każda młoda dziewczyna ma w sobie siłę rozpętania burzy, tym bardziej, że sprawa niewyraźna i nie do udowodnienia. Może się jej wydawało. A i profesor ceniony. I- w sumie- nic się nie stało.
Potem przychodzi się do jednej, drugiej pracy. Idzie trzecią i czwartą ulicą. Wsiada do autobusów i pociągów. Świat taki nowoczesny, taki rozpędzony ku kulturze, a wygrywa natura. Ale- przecież właściwie nic się nie stało.
I tak- nic się nie dzieje- na co dzień. Koleżance też nic się nie stało, gdy szef zapytał ją któregoś dnia „A ty masz piersi?” „Mam”- odpowiedziała nie wiedząc czego oczekiwać. „To dlaczego nie nosisz?”. I rechot. Wszak żarcik był piersio-rzędny.
Wydaje się, że właściwie nie ma o czym mówić. Daleko jeszcze do molestowania, poczucie humoru się powinno nosić ze sobą do pracy oprócz piersi i wszystko będzie grało.
Ale, wierzcie mi, bardzo trudno byłoby mężczyznom wyobrazić sobie sytuację odwrotną i w niej przetrwać. A jeśli zdarzyłoby się, że kobiety codziennie w pracy zagadywałyby biednego, porządnego faceta, że dziś się ubrał wyjątkowo pobudzająco, że koszula opina mu się na piersi smakowicie, że źle mu się chyba ułożyło wieczorem i z seksu najwyraźniej nici, bo oczy ma jakieś zgaszone i chęci do pracy brakuje- długo by tego biedaczysko nie zdzierżył. Szczególnie ten wrażliwy, poważny, życiem zmęczony. A z samochodu gdybyśmy tak wołały, ucząc się od was „Ej, ciasteczko, wpuszczam cię przed siebie! No jedź, skarbie, jedź, pokaż, co potrafi twój silniczek...”
I sprawa najciekawsza. W czasie rozmów niektórzy mężczyźni nie patrzą kobietom w twarz. Ich wzrok opada na dekolt lustrując smakowicie kształt biustu. Wyobraźcie sobie, że w zupełnie poważnej rozmowie, absolutnie biznesowej, pani prezes patrzy wyłącznie na wasze…no, powiedzmy, spodnie.
Niemożliwe? Zobaczymy.
****************************************************************************************************************************
KOCIM OKIEM (Sukces 10.2006)

Rachunek prawdopodobieństwa, czyli żart

Wchodzę do wieczornej kawiarni. Dymu, jak to w Polsce, mnóstwo. Widzę go. Siedzi przy małym stoliku pod takim kątem, że nie może mnie zobaczyć. Poznaję go po skórzanej kurtce i tubie z rysunkami, leżącej obok filiżanki kawy. Mój wzrok pada na jego twarz. W tej sekundzie jego nos unosi się w beztroskim grymasie i marszczy do granic możliwości. Otwiera usta szeroko, szerzej (prawie się rozrywają w kącikach), aż wyrywa się z nich krótkie, soczyste sapnięcie…
Ziewał. Po prostu. I wyglądał przez tę chwilę jak wiewiórka skrzyżowana z koparką.
Mogę się cofnąć. Mogę wejść za dwanaście sekund. Jakby nigdy nic. Mogę się odwrócić i podejść od drugiej strony…
Ale jest za późno. Przy jakiejkolwiek poważnej, wzruszającej albo wymagającej szacunku sytuacji zawsze bym widziała wiewiórkę skrzyżowaną z koparką, czyli to, jak zobaczyłam go pierwszy raz.
Czy to jego wina? Jasne, że nie. Może całe życie wykonywał wyłącznie ruchy pełne wdzięku. Może umie tańczyć jak burza. Może jest najbardziej taktownym facetem świata. Ale jak mogę się o tym przekonać, kiedy jakieś złośliwe siły zaprowadziły mnie tam w tej właśnie sekundzie i z tym rozkosznym zmarszczonym pociesznie nosem będę kojarzyła jego imię? Innym kobietom pewnie jawi się jako kolumna niewzruszonej męskości, oaza przystojnego spokoju. A mnie – z koparkową wiewiórką…
Małe, a decyduje.
Jakie było prawdopodobieństwo, że trafię na ten moment?
To tylko mały, nieszkodliwy przykład. Ale całkiem dużo mogą nabroić czas z losem, jeśli się umówią, złośliwie chichocząc po kątach.
W Irlandii, dokąd często wyjeżdżam na koncerty, w jednym z miasteczek u wybrzeża Atlantyku jest piękny kościół, zmieniony w salę koncertową. Elegancką, goszczącą tylko najlepszych jazzowych i folkowych muzyków. I w czasie jednego z koncertów na scenie znany tamże muzyk jak zwykle przeżywał żwawą, skoczną irlandzką melodię. Zamknięte w transie oczy, całe ciało bujało się dynamicznie, prawa noga tupała raźno do rytmu. Publiczność bawiła się świetnie. Jak to na koncercie.
Tyle, że w dachu tegoż kościoła jest otwór. W kopule. Ozdobny otwór, przez który wpada do środka piękne światło słońca.
Otwór jest tam zawsze. Scena też. Muzyk często.
Nagle, nie wiedzieć czemu przez otwór wpadł do środka mały kształt… Jak ślepa kulka pionowo spadł prosto pod nogi muzyka… mały ptak! Prosto z nieba. Chyba jeszcze żył. Ale tylko chwilę. Bo zapamiętale tupiącą nogą muzyk zgniótł biedactwo pozbawiając wszystkich obserwujących i samego zainteresowanego nadziei na przeżycie.
Jaka była szansa, żeby akurat w tej chwili nad kościołem przelatywało to ptaszę? I wpadło akurat przez ten otwór? I spadło na scenę wprost pod nogi artysty? Który miał przecież zamknięte oczy… I choć grał od lat i grał pięknie, niestety od tamtej pory nie ma już swojego nazwiska, bo wszyscy mówią nań „Killer”…
Czy to jego wina? Jasne, że nie.
Ktoś lub coś niezwykle precyzyjnie kieruje każdym drobiazgiem, decyzją, telefonem, kierunkami wiatru.
Ileż razy zapominamy czegoś i wracamy do domu, żeby usłyszeć coś, czego nigdy inaczej nie byłoby nam dane się dowiedzieć?
Albo jakimś cudem znajdujemy się w miejscu, w którym ktoś, kto z żarem w oczach zapewniał nas o sile swych uczuć zapewnia o tej sile jeszcze goręcej kogoś innego.
Z międzynarodową grupą muzyków, z którymi nagrałam płytę, spotkałam się właśnie dlatego, że nie wyszłam o jeden krok za późno ani za wcześnie z domu i najzwyczajniej wpadliśmy na siebie, dosłownie, w drzwiach pubu.
Pewnego wieczora po długim jam session jeden z nich opowiedział w jakąż to on wpadł historię.
Był z kobietą swoją ukochaną już kilka lat. Pokochał bardzo jej kilkuletnie dziecko. Starali się o własne. Ale mijał czas i nic. Mieli bliską dwójkę przyjaciół, z którymi spotykali się ciągle. Pewnego wieczora po ostrej kolacji z deserem mocno się pokłócił ze swoim przyjacielem i pary rozstały się w gniewie. Zasnął obejmując swoją dziewczynę, w twarzy w jej włosach.
Nazajutrz miał samolot do Londynu, leciał na tydzień na koncerty. Po kilku godzinach załatwiania ostatnich sprawek chwycił walizkę i pojechał na lotnisko. Samolot uciekł. Na szczęście niedługo był następny. Miał jednak trochę czasu, więc zamiast skwierczeć na lotnisku postanowił wpaść na chwilę do przyjaciela, bo złość po sprzeczce już się ulotniła.
Wszedł od razu na górę. Zobaczył sweter swojej kobiety, ale nie zrozumiał.
Dopiero gdy wszedł do pokoju zobaczył ich głęboko razem.
Mógł się cofnąć. Wejść za dwanaście minut. Jakby nigdy nic. Ale było za późno.
Czy to jego wina?
Jasne, że nie.
**************************************************************************************************************************************
Kocim Okiem
sierpień 2006
OC na związek
Koleżanka, zupełnie dorosła osóbka, opowiada mi, że jej mama wróciła ostatnio do domu nucąc pod nosem jak szczęśliwa nastolatka.
-Co się stało, mamo? Będę miała nowego tatusia?- zapytała ze śmiechem.
-Jestem szczęśliwa!- mama na to- Bo przeżyłam z mężczyzną trzydzieści pięć lat. I ani dnia dłużej!
Claude Lelouch powiedział, że w dniu, w którym wynaleziono walizki na kółkach, mężczyźni przestali być kobietom potrzebni. Śmieszne i straszne. A najstraszniejsze jest to, że mężczyźni w to uwierzyli. I to, że wcześniej uwierzyli, że to do walizek byli nam potrzebni.
Kiedy Lelouch, starszy, mądry mężczyzna mówi, że to kobiety wymyśliły miłość i tłumaczą mężczyznom czym ona jest, a oni się już zupełnie pogubili - zimne mrowie chodzi mi po plecach aksamitnych. Bo my od zawsze, przez wieki, lata, miesiące i dni, wierzymy do bólu, że wy wiecie o co chodzi. Ba! Niektóre z nas nawet wierzą, że wiecie lepiej niż my, i że nas ochronicie przed złem tego świata zamykając w dłoni silnej a czułej. Mrukowatość tłumaczymy jako wewnętrzną mądrość, trzymanie języka za zębami. Trudności z płynnym wypowiedzeniem prawdy- bierzemy za tajemniczość. Chcemy w to wierzyć.
Patrzę na mapę nieszczęść i rozwodów, które nas otaczają. On odszedł, bo potrzebował przestrzeni. On odszedł, bo się dusił. Bo inne życie dla niego jest lepsze. Bo ona jest dla niego za dobra i on na nią nie zasługuje (ten częsty tekst najlepiej w ogóle udusić nim zakwitnie w głowie, bo większą bzdurą trudno kogoś nakarmić).
On uciekł, gdy zachorowała ona, bo nie mógł znieść jak ona cierpi. Ładne.
I coraz częściej robi się z tego sprawę zrozumiałą, wręcz cnotę- szaloną niezależność niezrozumianych, biednych, tłamszonych mężczyzn.
Wiem, że morze rozwodów i rozstań to nieznane nam i znane winy obu stron. Ale, sami przyznajcie, ileż razy słyszy się o tym, że kobieta zostawiła mężczyznę, bo był słaby i chory, albo- bo miał duży brzuch? Ileż razy to kobieta odchodzi od rodziny, bo poznała młodszego i słodkiego przystojniaczka, a o dzieciach jakoś…oj, nie pomyślała. Rzadko. Na tyle rzadko, że aż od razu o tym głośno.
Tak już jesteśmy skonstruowani, mówią wyniki badań. Kobieta ma słabą orientacje w przestrzeni, lepiej rozwiniętą prawą półkulę mózgu i rozwiniętą odpowiedzialność za tych, których kocha. Mężczyzna ma zdolność ścisłego myślenia, brak poczucia humoru na swoim punkcie oraz zdolność czmychania gdy jest niewygodnie. Dodatkowo kobieta nigdy nie zrozumie jaki jest problem w postawieniu wazonu z kwiatami i wodą(!) na telewizorze albo czyszczeniu monitora komputera szmatką z pianką. I czemu on robi o to tyle rabanu. Skoro było ładnie. A być może dla większości mężczyzn to jest znacznie większy kłopot niż jakieś tam nieporozumienia w miłości czy inne fanaberie.
Kolega podzielił się ze mną kiedyś niesamowitym doświadczeniem. A muszę dodać, że jest na wysokim poziomie duchowego rozwoju. Pewnego razu, w dużym skupieniu, udało mu się przeżyć mistyczne wręcz wcielenie. Uczucie, które go przejęło na wskroś. Otóż zamienił się na kilka chwil z kobietą wnętrzem. I chodzi o wnętrze duchowe. Poczuł nie do opisania, jak mówił, siłę wszechogarniającej miłości, pragnienia bycia kochanym/ą, poczuł świat pełen szczegółów, głosów, bogactwa, rzeczy, na które nigdy nie zwraca uwagi mężczyzna, jak twierdzi mężczyzna. Zapadł się na chwilę w miękki, zmysłowy świat rozedrganej wrażliwości. Wrócił przerażony. Zrozumiał, że nigdy nie zrozumie. I my ich też.
Myśląc nad tym wszystkim, nad tym, że długotrwały, zgodny związek to rarytas i rzadkość godna umieszczenia w encyklopedii z opisem dla potomnych, dochodzę do pewnego sprytnego wniosku.
A czemu nie stworzyć ubezpieczeń?
Ubezpieczenia od zawalenia, załamania, sypania się, pękania, znikania twojego związku.
OC jeśli z Twojej winy. AC - jeśli z winy partnera. Ubezpieczenie obejmowałoby nagłe zmiany zdania, wszelkie nieporozumienia rosnące jak dmuchany balon, kłótnie kończące się odległym, coraz bardziej cichym stukotem butów odchodzącego. Specjalnością byłoby ubezpieczenie zdrady, oszukania oraz chwilowych słabości.
W czym wypłacane byłoby odszkodowanie? Pieniądze się w takiej sytuacji raczej nie liczą, więc może w dalekich, fantastycznych podróżach na siłę, w wesołym towarzystwie. I, w zależności od posiadanego stopnia mściwości w sobie, w dotkliwym ukaraniu strony winnej.
Aha, oczywiście dostawałoby się na czas leczenia serca partnera zastępczego, w dobrym stanie, miłego, estetycznego, mądrego, inteligentnego, ciepłego, współczującego, obdarzonego poczuciem humoru.
I wiem, dlaczego jeszcze żadna firma nie ubezpiecza związków od nieszczęśliwych wypadków.
Natychmiast by zbankrutowała.
********************************************************************************
Kocim Okiem
lipiec 2006
Letnia Łuna
Pewnego razu, gdy Święty Piotr oprowadzał po niebie kolejnego przybysza, ten stanął i wskazał palcem mały, czerwono pulsujący punkt w dali, na Ziemi. „Co to jest?” zapytał. „To mąż zdradza żonę.” odparł Święty Piotr. „A to? A to?” pokazał przybysz kolejne czerwone światełko. „A to żona zdradza męża”. „A ta czerwona, wielka
łuna tam?” „Aaa… To Ciechocinek…”
Sanatorium. Łagodna kraina mineralnych wód, solanek, kąpieli i nieskończonych spacerów. Masaży i stołówkowych pogawędek. Festiwal dolegliwości wymienianych między sobą jak najnowsze plotki.
I oczywiście romansów.
A nie, nie… Nie ma co się oddzielać od tych niecnych zachowań myślą: „Ja tam do sanatorium nie jeżdżę…”.
Sanatoria to tylko wcześniejsza forma tej parady atrakcji, którą mamy współcześnie co roku w gorące letnie miesiące.
Podróżuję bardzo dużo. Każdy kraj ma inną temperaturę namiętności, inną muzykę i rytm dnia i nocy, zupełnie inny zapach… Kto szuka zabytków, muzeów i chłodu kościołów wybiera inne kierunki niż ci szukający tańca, zapomnienia, ryzyka, dreszczy- bynajmniej nie z wszechogarniającego chłodu.
Kiedyś ścinało mnie chłodem właśnie, kiedy na egzotycznych wyspach widziałam kobiety wynajmujące sobie młodzieńców na wakacyjne wyjazdy, kobiety piękne i zimne, młodzieńców gorących. Teraz już nie robi to wrażenia. Każdy szuka ciepła jak umie. Jeden w ciepłych krajach, drugi w ciepłych, choć obcych, ramionach.
W Portugalii, w mojej ulubionej Lizbonie tętniącej już prawie afrykańskim rytmem, są miejsca, gdzie tańczy się na stołach, oblewa się nawzajem winem z owocami, kroki samby porywają w zapomnienie. Rano brukowane ulice lśnią potokami spływającej z Górnego Miasta wody, jakby Lizbona codziennie zmywała z siebie upalną bezsenność i godziny uniesień.
Jest pięknie, dopóki robi się to wszystko, czego nie chciałoby się potem szybko zapomnieć.
Mój znajomy perkusista z Lizbony, czarnoskóry, pięknie zbudowany Lino, z miękkim, pobłażliwym uśmiechem opowiadał mi jak to mogą wręcz wybierać spośród białych, młodych kobiet ciągnących tu z chłodnej Europy. Ciągnących głównie po to, by sprawdzić „jak to jest” kiedy białe łączy się z czarnym. I czy koleżanki nie przesadzają…
Zbliża się ta wesoła pora. Miliony ludzi pakuje rzeczy, kobiety kilka sekund wahają się nad zabraniem takiej sukienki, tej bielizny, innych perfum, żeby nie kojarzyły się z domem. Mężczyźni nie kupują tego, co może im się przydać. Kupią na miejscu.
Czy gdzieś tam, niziutko w sercu, dycha jeszcze młodzieńcza nadzieja na to, że może tego lata zaznamy miłości? Że może właśnie w tym roku, na tej plaży, w tym hotelu, na tym rozpalonym bruku- zabije nam serce? Czy raczej już nie, czy już tylko napomykamy przyjaciołom przed wyjazdem, że chcemy odpocząć od tego wszystkiego, przeżyć niezobowiązującą, radosną przygodę i wracamy?
Swoją drogą, ileż wakacyjnych spojrzeń iskrzących zmieniło się w związek? Nie oszukujmy się. Malutko.
I jeśli jeszcze są mężczyźni, którzy myślą, że kobiety myślą, że męskie maślane oczy przy zachodzącym słońcu, piękne wyznania, ułańską fantazję i siłę lwa, można w wakacje potraktować serio, to niech tak nie myślą.
Kobiety już dawno bawią się w to samo. Umieją się uczyć.
W czasie letnich ucieczek aura zachęca, zmęczenie nie istnieje, skóra się zarumieniła, kolacje mogą ciągnąć się w nieskończoność, zegarek nie drze się nad ranem i bliscy nie przypominają nam kim tak naprawdę jesteśmy.
Można uwierzyć więc w wiele wersji siebie. Można się nawet w sobie samym zakochać. I wtedy łatwiej jeszcze o wakacyjny romans(ik).
A kiedy po letnim iskrzeniu ona mu się z rąk wymyka i znika, w nim budzi się instynkt łowcy… Przez jakiś czas może wyglądać to groźnie i przekonująco do tego stopnia, że i on sam może uwierzyć, że to poważne. Ale spokojnie, to przechodzi wraz z brakiem bryzy znad morza, blednie w obliczu szarego blokowiska, miejskich spalin i codzienności. Jeśli wyjątkowo nie mija, nie należy iść do lekarza pierwszego ani kolejnego kontaktu.
Należy iść do kościoła i zapalić świeczkę w podziękowaniu za cud.
Wszelkie wakacyjne przyjemności oczywiście nie powinny boleć. To warunek podstawowy. Tego kodeksu jednak trudno przestrzegać, bo nigdy nie wiadomo, czy któraś strona przypadkiem jednak nie zapomniała się zaszczepić przeciwko prawdziwemu zaangażowaniu przed wyjazdem.
Łatwiej trzymać się innej, bardziej wyraźnej zasady. Choć to nie znaczy wcale, że wielu się jej trzyma.
Otóż zanim pośle się komuś nieznanemu gorące spojrzenia, drinka, zanim utonie się w jej/jego opalonych ramionach, przypomnieć sobie należy, czy przypadkiem w domu nie zostawiło się kogoś, kto wierzy, że się go kocha.

**************************************************************************

SUKCES Felieton "KOCIM OKIEM"

Żaba na drzewie..
Przyśpieszone bicie serca, gęsia skórka i skurcz żołądka. Rozszerzone źrenice. Bezsenność. Brak apetytu. Początek wiosennej grypy? Gorzej. Ogólne rozbicie, brak możliwości koncentracji. Natrętne myśli, zapętlone obrazki w głowie. Monotematyczne sny. Drżenie rąk. Myślisz sobie- przecież mnie to nie mogło spotkać, panuję nad sobą, jestem dorosły, mam dobrą pracę. Na pewno zaraz przejdzie.
Ale nie. Z elokwentnego, błyskotliwego osobnika wyłazi drętwy żartowniś, jak żałosny wujek na imieninach. Chcesz powiedzieć coś lekkiego, jak zawsze dotąd. I słyszysz kwadratową staroć, która wypływa z twoich ust. Chcesz z wdziękiem odwrócić się w drzwiach i uderzasz głową o wiszący tam od lat kalendarz, strącając przy tym kubek z kawą i wzniecając tuman kurzu.
Ale- tylko przy niej. Stało się. Reakcje organizmu podobne do przerażenia wywołanego atakiem dzikiego zwierza. Ten dziwny stan przynosi substancja chemiczna przypominająca amfetaminę. Fenyloetyloamina. Ma mocne właściwości podniecające, odurzające, daje uczucie euforii ale i niepokoju. To proste. Początek zakochania. I już element przodomózgowia będący częścią układu limbicznego, który to obejmuje najstarsze struktury mózgu – szaleje! Tak, wiem, jako mężczyźni wolicie konkrety, nie napisałam więc, że właśnie zawiązała się delikatna (?) nić wibracji i że to serce poczęło się cieszyć. A więc od tej chwili, w zależności od tego, co opowiadała wam na dobranoc babcia, zaczynacie snuć plany- o kobiecie waszego życia… Drodze do ołtarza, kiedy w zwolnionym tempie ona potrząsa włosami i zmysłowo poprawia sobie pasek pięknych szpilek… Tego, jak podchodzicie do niej od tyłu, kiedy ona myje naczynia i obejmujecie ją delikatnie szepcząc do ucha miękkie słowa. Albo jak oddajecie jej nerkę z miłości… Wreszcie o małej ławeczce przed omszałym domkiem, a na niej wy oboje z uśmiechem patrzący na wnuki... A nie, przepraszam, to jest to, co mówicie jej, nie co snujecie. Wasze snucie kończy się na tym, jak podchodzicie do niej od tyłu. Wiem: konkrety, konkrety. Otóż zdaniem rych badaczy, koncepcja romantycznej miłości jest całkiem świeża, sięga zaledwie dwunastego wieku, kiedy to modne stały się rycerskie romanse i słodka miłość dworna. Antropolodzy, którzy badają ludzkie odmienne kultury są dalej chyba przekonani, że tak zwany romans jest wymysłem życia salonowego europejskich klas wyższych i nie ma co szukać jego śladów w obyczajach czarnej Afryki czy wysepek Oceanii. Tęsknota za tymi uniesieniami w naszej kulturze jest głęboko w nas wtopiona (co pamiętają wszyscy ci, którzy musieli czytać lub wielokrotnie oglądać w dzieciństwie „Noce i Dnie”. W końcu poczciwy Bogumił się nie doczekał. A wspomnienie fircykowatego koleżki z bukietem lilii wodnych czy kaczeńców całe życie Barbarze sen mąciło…). Tęsknota tęsknotą, ale fakty są takie, że 97% gatunków wszystkich ssaków nie praktykuje monogamii. Czy znaleźliśmy się w tej wyjątkowej trójeczce pozostałych procent? Hmmm… Można się oczywiście zastanawiać, czy kształtuje nas kultura czy natura, ale to już tylko kwestia siły woli, decyzji, dotrzymywania słowa i innych naszych smutnych ludzkich obowiązków. Pragniemy wielkiej miłości, poranki i noce bez niej są jak filcowe kapcie- nudne i lekko szorstkie, ale kiedy stajemy oko w oko z szansą na nią – okazuje się, że to najtrudniejsza dla nas rzecz na świecie. Patrząc na to wszystko z boku, można powiedzieć, że ludzie zachowują się jak żaby, które całe życie marzą o tym, by wskoczyć na drzewo i pięknie śpiewać. Skaczemy, skaczemy, przyklejamy się na chwilę i… spadamy. Bo w naszej naturze leży rechot i pływanie z prądem. Nad wszystkim, co nam nie wychodzi, można się pochylić z troską. Naukowcy to zrobili. Nad zjawiskiem miłości i tak przyszło im późno popracować, bo długo nie wiedziano, jak to ugryźć. Powszechnie sądzi się, że zwierzęta nie mają uczuć. Mają instynkt. Pochylono się jednak i nad zwierzęciem i jego ewentualną zdolnością do kochania. Słynny jest przypadek Tex, samicy żurawia, która zakochała się w (tu ją rozumiem) brunecie, brunecie rasy ludzkiej, dyrektorze Fundacji Ochrony Żurawi. Opowiadał, że musiał po prostu wiele z nią przebywać, tańczyć kilka minut rano i kilka minut wieczorem, spacerować w poszukiwaniu robaków, zbudować gniazdo a potem go bronić. Czego jeszcze trzeba? Tylko tego pragniemy: przebywania razem, tańczenia, poszukiwania jadła i zbudowania gniazda. No i bronienia go. Nawet żurawina to wie. Wydaje się oczywiste. A potem przychodzi wiosna, przychodzi nam zdjąć czapkę w tym roku rzadko używaną, przetrzeć oczy, przestawić zegarek na czas łaskawszy i … zakochać się. I nie zważajmy na to, że inni często nie rozumieją dlaczego zakochujemy się śmiertelnie w osobie dla innych wyglądającej przeciętnie. Tu działają fluidy a nasze wszechmocne mózgi mają raczej niewiele do powiedzenia.
Fluidy zwane feromonami, podobne zapachem do piżma… A także haptony- tajemnicze cząsteczki o nieznanej chemicznej budowie, opisywane przez bioenergoterapeutów. Hormony, feromony, haptony i gniazda- nieważne. Ważne, żeby tej wiosny wreszcie podskoczyć naprawdę wysoko, przykleić się mocno do gałęzi, nabrać powietrza do naszego żabiego płuca i przepięknie zaśpiewać…
Poprzeczka i siekiera.
Nerwowe łykanie pszczoły
Nocne życie. (Według Mirmiła)
+ poprzednie
Radio Muzyka Fakty Podróże Codziennik Felietony Listy Galeria
Copyright © 2004 - 2017 Gosia Kościelniak & INTERIA.PL S.A. Wszystkie prawa zastrzeżone.